Geneza

 ENOCH

Zakapturzona postać w wytartym płaszczu przemieszczała się powoli w kierunku wejścia
do wielkiej posiadłości. 
Mężczyzna wyraźnie tutaj nie pasował, jednak uparcie szedł naprzód. “Nawet ogrodnicy
są tu ubrani lepiej ode mnie. Każdy bardzo stara się przypodobać. Psia ich mać” 
- pomyślał z lekkim rozbawianiem, mijając kolejnego pracownika z grabiami,
 obrzucającego go uprzejmym choć niechętnym spojrzeniem. 
Każdy wiedział, czym się zajmuje. Nie bez powodu półciężarówka ze
szczelnie naciągniętą plandeką, wypełniona po brzegi jego towarami, podjeżdżała od tyłu. 
Mimo wszystko lubił tu przychodzić. Rzadko miał okazję zjeść porządny ciepły posiłek, 
a nawet wtedy nie mógł liczyć na nic wykwintnego. Tutaj nie znał nawet połowy nazw potraw jakie zjadł. Jako przemytnik, na swojej łodzi był zwykle sam.Mało kiedy mógł z kimś swobodnie porozmawiać. Ludzie albo patrzyli na niego z góry, albo musiał przed nimi ukrywać swoje źródło dochodu. Tutaj nie musiał się niczego obawiać. Panienka Margaret była jego stałą klientką i nie byłoby to w jej interesie, żeby wydawać go policji. Mógł jej opowiadać o wszystkim, a ona uważnie słuchała i dopytywała, gdy coś bardzo ją zaciekawiło. Sporo też zamawiała, a to interesowało go najbardziej. Panienka Margaret Razner... Cóż mógł o niej powiedzieć. Nietypowa osóbka. Spadek po wujku mocno odmienił jej życie, ale najwyraźniej nie zawrócił w głowie. Nie była zadufana. Była ekscentryczna, temu nie da się zaprzeczyć. Samo zaproszenie na salony kogoś takiego jak on mogło o tym świadczyć, jak również jej zainteresowanie wszystkim po trochu, nawet najdziwniejszą dziedziną.  W jej domu obok fortepianu stały sztalugi i dłuta do rzeźbienia, w biblioteczce książki medyczne zmieszane były z leksykonami o broni palnej i białej, atlasami historycznymi czy tajemniczymi książkami z chińskimi znaczkami na grzbiecie. Obok eleganckiej stajni rozstawione były manekiny i tarcze do ćwiczeń strzeleckich. Trudno było rozgryźć co tam jej chodzi po głowie, a co rusz porzucała aktualną pasję, by natychmiast zainteresować się czymś innym. Sprytny przemytnik wykorzystywał to umiejętnie, wplatając w opowieści informacje o niezwykłych instrumentach, egzotycznych roślinach, nietypowych trunkach - robił to tyle razy, że mógłby tworzyć listę z zamówieniem jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy. Jedno mógł powiedzieć o niej na pewno - była znudzona.

Z komina posiadłości zachęcająco unosił się dym.Przed domem na parkingu, mężczyzna o budowie ciała niczym grecki heros i takiej samej pewnie krzepie spokojnie spłukiwał samochód z piany.

“Niegdyś świetny żołnierz, potem najemnik, a dziś wozi tyłek bogaczom - pomyślał Enoch zdejmując kaptur i kiwając tamtemu na przywitanie. – Marnuje się chłopina, usycha...” ocenił w myślach
podchodząc do dzwonka. Czuł na sobie jego wzrok, choć nie tak wścibski, jakim obdarzali go inni
mijani pracownicy.

“Pływaliśmy kiedyś razem, ale nie w tym rzecz.  Zawsze wiedział o mnie więcej niż kiedykolwiek chciałem mu powiedzieć. Jest dobry, może najlepszy jakiego można znaleźć.”

Podnosząc rękę do dzwonka jeszcze spojrzał na swoje lekko zakurzone buty i otarł je o nogawki
spodni. W odbiciu w klamce poprawił nastroszone przez kaptur włosy. 
“Lepiej nie będzie” - pomyślał wciskając dzwonek dwa razy.  


JAMES

To, że nie był zwykłym ochroniarzem, było widać na pierwszy rzut oka. Atletyczna budowa ciała,
kocia zwinność i czujność, perfekcja w wyglądzie i każdym ruchu zdradzały wieloletni trening i
wojskowe szkolenie. Obcego zauważył już z daleka. Choć pozornie zajęty był nadal myciem samochodu, nie spuszczał z oka mężczyzny, dopóki nie upewnił się kim on jest. “Enoch... Jak ten czas leci. Wydawało się, że dopiero co odchodził z kolejnym zleceniem, a już jest z dostawą. Nie próżnuje chłop nie ma co.” Obserwował go przyjaźnie i odmachał na powitanie. “Ciekawe co też nowego przywiózł?” Zawsze bawiło go obserwowanie, jak jego pracodawczyni próbuje rozgryźć nowe, egzotyczne dziwactwa, sprowadzane przez Enocha. I za każdym razem z takim samym zapałem słuchała jego opowieści i zamawiała kolejne trunki, rośliny, narzędzia czy inne niedostępne powszechnie przedmioty. “Oby miał też tego małego Colta, o którego prosiłem. Margaret niby nie chce nosić dodatkowej broni, twierdząc, że ja jej wystarczam za całą armię - uśmiechnął się - ale jak to mówią przezorny zawsze uzbrojony... Czy jakoś tak.” Zawsze uważał, że nigdy dość zabezpieczeń.  Miał pokaźną kolekcję różnej broni, zaczynając od broni białej, poprzez strzelecką krótką i długą aż na maszynowej kończąc. Zasugerował nawet Margaret budowę schronu na terenie posiadłości,  tak na wszelki wypadek. Kończył spłukiwać ostatnie resztki piany, gdy przybysz wchodził przez drzwi do domu. Wsiadł do auta i odjechał w stronę hali garażowej.


Nie umknęła jego uwadze jedna z gosposi niosąca z przejęciem lekko pożółkłą kopertę. “Co do
czorta? Doprawdy poczta ma coraz większe opóźnienia. Ile musiał u nich leżeć ten list, żeby papier tak się zestarzał. Gdyby meldunki i rozkazy roznosili dzisiejsi listonosze, przeciwnik powystrzelałby nas jak kaczki.” Pokręcił głową, zniesmaczony takim brakiem profesjonalizmu. Odstawił samochód na jego oznaczone miejsce. Kluczyki odwiesił do skrzynki na ścianie obok dziesięciu innych kompletów.
Rozejrzał się po wszystkich samochodach. Nie znajdując żadnych niedociągnięć, odetchnął krótko i wszedł do domu. Słyszał już Margaret i Enocha w salonie, usłyszał również korek wyskakujący z wina a potem szybkie kroki gosposi. Rozmowa urwała się. Im bliżej był salonu, tym bardziej dojmująca była dobiegająca z niego cisza. Wślizgnął się do środka akurat w momencie, gdy Margaret drżącymi rękoma rozrywała kopertę. “Coś jest nie tak...”


MARGARET

Młoda kobieta siedziała przy stole w jadalni i nieśpiesznie kończyła śniadanie. Z niczym nie musiała się nigdy spieszyć i skrzętnie z tego korzystała. Za oknem słychać było wodę tryskającą z węża - James znów pucował jeden z samochodów. Nigdy nie rozgryzła skąd wiedział, że już należy to zrobić. Rzadko opuszczali posiadłość, bo wszystko mieli na miejscu, a jeśli czegoś zabrakło wystarczyło to zamówić i ktoś dostarczał co trzeba. Mimo to mył każdy tak często, że nie zdążył osiąść na nim kurz. “Może ma do tego jakiś grafik - pomyślała zerkając przez okno. - Jakby tak się zastanowić to chyba ma grafik do każdej swojej czynności. Niczego nie zostawia przypadkowi.” Uśmiechnęła się łagodnie i wróciła do gazety. Artykuł mógłby zainteresować Jamesa. 
“Europejski czołg z I Wojny Światowej znaleziony w Ameryce. W dodatku w całkiem niezłym stanie, jakby dopiero co wyjeżdżał na pole bitwy. 
Skąd on się tu wziął?”


Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek do drzwi. Musiała się chwilę zastanowić, kto mógł przyjść o tak
wczesnej porze. “Enoch! Oczywiście!” Zwinęła gazetę i niespiesznie wyszła w kierunku salonu. Po
drodze zaczepiła lokaja, zamawiając butelkę wina. “Nowe skrzynie przywiezione przez Enocha pewnie są już rozładowywane na tyłach. Mam nadzieję, że nie zapomniał o tych niezwykłych kwiatach, które opisywał mi ostatnio i o tym dziwnym ustrojstwie do glinianych form. James chyba też coś zamawiał” -przypomniała sobie słysząc dźwięk silnika samochodu wjeżdżającego do garażu. James nie był jej jedynym ochroniarzem ani nawet o najdłuższym stażu. Szybko jednak stało się jasne, że jest najlepszy i zaczął w pełni odpowiadać za wszelkie zabezpieczenia oraz uzbrojenie i towarzyszyć jej we wszystkim. A było to bardzo miłe towarzystwo.



* * *

Margaret weszła do salonu

- Enoch, witaj! Milo cię widzieć - powiedziała z nieudawaną radością.

- Ciebie również dobrze widzieć - odpowiedział mężczyzna wstając i pochylając głowę.

- Jakie wieści? Jak idą interesy? Udało się wszystko załatwić? - spytała siadając i odbierając

kieliszek wina z tacy. Ręką wskazała Enochowi na drugi.

- Wszystko jak zawsze na miejscu - odpowiedział zmieszany, rozglądając się nerwowo na boki.


Rozmowę przerwała gosposia wchodząca, a raczej wbiegająca do salonu. 
Zachowywała się dziwnie. Nikt nigdy nie przerywał Margaret w spotkaniach bez ważnego powodu, a ona przy truchtała tu blada i przerażona, jakby zobaczyła ducha i szybko wręczyła Margaret pożółkłą kopertę. Zdziwiona spojrzała na wypisane na niej nazwisko - “Wuj Irwin - poczuła, że robi jej się słabo - Dostarczyć dnia 14 stycznia 1935 roku. Jakiś podły żart?”
 - myślała, otwierając kopertę trzęsącymi się rękoma.
Poczuła zapach wody kolońskiej Jamesa i nieco się uspokoiła. Znów wślizgnął się do pokoju
niepostrzeżenie. Zawsze to robił, co przy jego gabarytach wydawało jej się magiczną sztuczką.
Rozwinęła list i rzuciła na niego okiem. “Pismo wujka bez wątpienia. Data się zgadza. Ale dlaczego...”
Zaczęła czytać.  


Droga Margaret!


Serce mi pęka, że muszę przekazywać Ci tę informację

w takiej formie, ale teraz gdy to piszę nie jesteś

jeszcze gotowa, aby to usłyszeć a ja czuję, że mój

czas się kończy. Jest pewne miejsce, którego istnienia

możesz nie być świadoma, a które zaznaczyłem na mapie. 

W posiadłości, która się tam znajduje, ukryta

będzie Księga Przepowiedni. Wybacz mi, że muszę

pisać tak tajemniczo, ale mam obawy, że list wpadnie w

niepowołane ręce. Księga wyjaśni Ci wszystko a w razie

wątpliwości skorzystaj również z moich notatek.

Pospiesz się dziecko. I niech Bóg ma Cię w swojej opiece.


Całuję

Wuj Irwin


Z koperty wypadł kawałek mapy z zaznaczonym na czerwono obszarem i pęk kluczy. 
James podniósł je, zerknął i podał Margaret.
 Czy coś się stało? Mogę jakoś pomóc? - dopytywał Enoch,  
czując się już trochę niezręcznie w tej sytuacji.
 Wybacz Enochu - odezwała się Margaret po dłuższej chwili. - Widzisz odebrałam właśnie
bardzo dziwną wiadomość niemal zza grobu i nie mam pojęcia jak ją rozumieć. Ten list napisał mój wuj, jestem tego pewna, doskonale znam jego pismo. To od niego otrzymałam cały ten majątek, posiadłość i firmy wraz z wypisywanymi przez niego księgami oraz umowami handlowymi. Wtedy bardzo mnie zaskoczył, ale teraz... To przebiło wszystko. Widzisz mój wuj nie żyje od ponad 5 lat, a właśnie otrzymałam wiadomość od niego - powiedziała podając kartkę Jamesowi. - Nie wiem, jak to rozumieć - dodała spoglądając na niego przejęta.


James przebiegł wzrokiem po papierze i jeszcze raz spojrzał na mapę.

- Chcesz tam jechać? - spytał.

- Nie wiem... Powinnam?

James wiedział już, dokąd to zmierza. Margaret z jednej strony potrafiła być spontaniczna,
roztrwaniając niemałe sumy na nowe gadżety, a Enoch nie był jej jedynym inspiratorem. Z drugiej
strony, gdy przychodziło do podjęcia jakiejś konkretnej decyzji nawet najprostszej, była zagubiona
jak dziecko. 
“W sumie chętnie bym się dokądś wyrwał” pomyślał zanim odpowiedział. 
- Twojemu wujowi chyba bardzo na tym zależało 
- odparł dyplomatycznie, by dać Margaret
pozór odzyskiwania kontroli nad decyzją, jednocześnie sugerując właściwą odpowiedź. 
-Chyba kojarzę, gdzie to jest 
- skłamał, by utwierdzić ją w kiełkującym w jej głowie postanowieniu.


Enoch zafascynowany obserwował tę grę. Wiedział co się właśnie między nimi dzieje. 
Nie byłby tak dobrym przemytnikiem, gdyby nie potrafił czytać ludzi. Nie raz słyszał o problemach z brakiem zdecydowania u dziedziczki fortuny. Wiedział, że głównie z tego powodu to jej ojciec zajmował się interesami, które formalnie należały do niej. Nigdy jednak nie był świadkiem tego, jak wielki wpływ taka przypadłość ma na jej życie. Trudno zrozumieć, jak ta kobieta radzi sobie z codziennym ubieraniem się czy decyzją, którą nogą wstać z łóżka. Tymczasem Margaret wprowadzona na odpowiednie tory przez Jamesa odzyskiwała rezon.

- Dobrze. Więc jedźmy tam. Enochu czy przyłączysz się do nas? Pogadamy po drodze.

Enoch skwapliwie przytaknął. Przelotnie spojrzał na Jamesa i wyłapał jego wdzięczne spojrzenie.
Gdyby odmówił Margaret mogłaby się znów zawahać. 
Poza tym przyjemnie będzie powspominać ze starym kumplem dawne wspólne roboty, gdy Margaret będzie rozglądać się po posiadłości. W sumie i tak nie miał nic lepszego do roboty. Prognozy pogody zapowiadały, że długo przyjdzie mu cumować w porcie zanim będzie mógł znów wypłynąć.
A przynajmniej taki byłby oficjalny powód jego nieobecności na kutrze, ale prawda jest taka, że prawie wpakował się w niezłą kabałę i myśląc tylko o tym jak by schować głowę przed okiem świata, zgodził się na tak ekstrawagancki pomysł wyjazdu.

- Który samochód przygotować? - spytał James formalnie i zaraz tego pożałował, gdy Margaret
znów zmarszczyła czoło w zamyśleniu.
- Czy to daleko? - spytała, próbując ukryć zmieszanie.
- Pewnie pojedziemy kilka godzin – tym razem to James ukrywał fakt, że nie ma zielonego
pojęcia, gdzie to jest.
- Hm... W takim razie wygodny...


Komentarze